RSS
wtorek, 19 grudnia 2006
Przenosiny
Dla ewentualnych osób, które jeszcze nie zostały poinformowane. Nowa (lepsza!) wersja mojego bloga jest teraz dostępna na www.mbaranska.blogspot.com. Co prawda mniej w niej o Meksyku, ale to (mam nadzieję) ulegnie po pewnym czasie zmianie.

Do zobaczenia na innej stronie!

Małga
18:30, m.a.l.g.a
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 maja 2006
Centrum raz jeszcze

Kilka fotek z kolejnej wyprawy do centrum.


Templo Mayor, czyli ruiny azteckiej świątyni. Pozostałe budynki dawnego miasta zostały zrównane z ziemią i przygniecione budowlami konkwistadorów, jak na przykład katedrą widoczną w tle.

Co ciekawe, templo mayor to piramida w piramidzie. Każdy nowy władca rozbudowywał miasto i dodawał koleją "warstwę" świątyni, czyli zabudowywał dotychczasową nowymi murami. Teraz można przejść "wgłąb" piramidy i zobaczyć wszystkie warstwy. Ciekawa rzecz.


Ja i inna część ruin. W tle muzeum archeologiczne (szary budynek po lewej). Dla rodziców - czy takie zdjęcie moze być? Wyglądam zdrowo :) tylko słońce mnie raziło, więc jestem skrzywiona.


Aztecki kot. Strasznie chudy.


Kaktusy, a jakże. Tutaj służą jako warzywo (bez kolców oczywiście). Niby dobre, ale nic szczególnego.


Motyw dekoracyjny. Fragment Skrzydlatego Węża (o ile się nie mylę). Generalnie w tej świątyni dominowały upierzone węże (symbole Quetzalcoatla), żaby (poświęcone Tlalocowi) i orły (ptak Azteków, nazywanych tu Mexicos).


Kościół zbudowany w miejscu pierwszego spotkania Cortesa z Montezumą, jakieś 200 m od zocalo. podobno znajduje się tam grobowiec Cortesa. Nie miałąm okazji sprawdzić, bo kościół był zamknięty na głucho :(
22:05, m.a.l.g.a
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 maja 2006
Na północ (trochę)

Kuzynka Hectora zabrała jego mamę, inną kuzynkę (czy siotrzenicę) i mnie to Tepotzotlanu. To nieduże miasteczko na północ od Meksyku (miasta) ze starym klasztorem. Kościół przy nim jest podobno jednym z najstarszych w Meksyku (zbudowany w XVII wieku :) ). Obecnie w klasztorze jest muzeum Wicekrólestwa, czyli w zasadzie historii Meksyku, od czasów prekolumbijskich przez konkwistę po rewolucje i woję z USA. Wszystko strasznie ciekawe, zwłaszcza obraz z klasyfikację różnych rodzjów mieszanek genetycznych mieszkańców Meksyku. Na którymś tam kolejnym poziomie skomplikowania, dziecko należało do rasy "noteentiendo", czyli "nierozumiemcię". Ciekawe.

Absolutnie powala na kolana kościół klasztorny, kapiący od złota jeszcze bardziej, niż Santa Prisca w Taxco. W bocznej kaplicy znajduje się "dom Marii w Nazarecie" - prześliczna kaplica ozdobiona od podłogi (malowane kafelki) przez ściany po gołębicę na kopule. Cudo.
I wątek polski - jeden z boków głównego ołtarza jest poświęcony św. Stanisławowi Kostce.

Po zwiedzaniu klasztoru (co zajęło nam prawie 3 godziny), poszłyśmy na pyszny obiad. Na deser podano nam kawę gotowaną z brązowum cukrem i cynamonem. Jak nie przepadam za słodką kawą, tak ta była pyszna, muszę się nauczyć
ją parzyć.


Główny ołtarz kościoła klasztornego. Rzuca na kolana.


Duch Święty na sklepieniu kopuły w Kaplicy Loretańskiej.


Obraz z klasyfikacją ras.


Dziewczyny zaglądają do studni na jednym z wewnętrznych dziedzińców.


Kopuła kościoła z malowniczym dzwonem.


My w parku przyklsztornym. Od lewej: mama Hectora, ja, Ariadna.


Kościół (prawie w całości) od frontu. Ciekawe, że ma tylko jedną wieżę. Tak go zbudowali :)

20:02, m.a.l.g.a
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 kwietnia 2006
Wypad za miasto
Tak, wiem, mam zaległości jak 150. Ale Nie jest łatwo pogodzić pisanie bloga z preprowadzaniem wywiadów, czytaniem artykułów, pisaniem rozdziału teoretycznego i poznawaniem Meksyku. Więc teraz szybko o tym, co zdziałałam dotychczas.

W Wielki Tydzień większość Meksykanów wybywa na krótkie wakacje. Żeby nie być gorszymi, wybraliśmy się na kilka dni "za miasto". Odwiedziliśmy Taxco, górskie miasteczko słynne z kopalni srebra i - co oczywiste - mnóstwa sklepów ze srebrem. Jeśli miałabym je do czegoś przyrównać, to byłyby to włoskie miasteczka - te same wąskie ulice zbiegające się na placu przed głównym kościołem, takie same budynki, czasem nie do końca zadbane, jako żywo we włoskich centro storico :-). Co różni Taxco od miasteczek włoskich to głośność.
Siedząc wieczorem na głównym placu zauważyłam, że źródłem najwiekszego hałasu wokół nas były nie samochody, czy ludzie, ale ptaki. Z tego, co dotychczas zaobserwowałam, Meksykanie (przynajmniej na co dzień) nie są hałaśliwi. Daleko im do Włochów czy nawet Amerykanów. Być może to kwestia wychowania, a może natury, nie wiem.

Trafiliśmy tam w Wielką Środę. Co prawda do Wielkiego Piątku brakowało jeszcze kilka dni, ale przez Taxco już maszerowały procesje a we wszystkich kościołach stały udekorowane do przesady Groby Pańskie.



Santa Prisca, główny kościół w Taxco (niestety częściowo zasłonięty).


I tenże wewnątrz. Ołtarze zajmują tam całą wnękę i kapią od złota. Na zdjęciu - ołtarz główny


Widok miasta z placu przed kościołem Dziewicy z Guadalupe.


Wewnętrzny dziedziniec budynku, w którym znajdował się nasz hotel.


I wątek polski - w jednym z kościołów znaleźliśmy mały ołtarz z obrazem Chrystusa wg wizji Faustyny Kowalskiej i obok jej portret. W tym roku, o ile się nie mylę, mija 75 lat od jej objawienia.


Przygotowywanie Grobu Pańskiego. Tłoczno.
Nie widać tego na zdjęciu, ale w czasie Postu Chrystus na krzyżu ma założoną dodatkową "spódniczkę" na biodrach. Meksykanie mają z resztą ogólny zwyczaj ubierania figur w kościołach w ubrania z materiału.


Figury pasyjne, przygotowanie do Wielkiego Piątku.


Przygotowania do uroczystości przed jednym z kościołów.


I procesja z figurą Chrystusa przed innym z kościołów. Wszystko działo się jednego wieczoru.


Wieczorna kawa na malutkim balkoniku jednej z restauracji. Bardzo przyjemne miejsce.


Z Taxco pojechaliśmy do znajomego Hectora, Willego, którego rodzina ma letni dom w okolicach Cuernavaki. Cuernavaca to tradycyjne miejsce weekendowych wypadów mieszkańców stolicy, godzinę drogi na południe od Meksyku. "Miasteczko", w którym mieszkaliśmy to jakby kolonia zbudowana wokół pól golfowych. Niemal wszyscy mieszkańcy są członkami klubu i weekend w weekend dreptają od dołka do dołka.

Stamtąd wybraliśmy się do Xocicalco, ruin miasta z VIII-X wieku. W końcu zobaczyłam piramidy, robią wrażenie. Całe miasto, nie dość, że zbudowane wysoko, to pnące się jeszcze wyżej po stopniach piramid. Co ciekawe, w Xocicalco znajdowały się trzy boiska do peloty. Pelota to ichniejsza gra, w której każda z dwóch drużyn ma za zadanie wrzucić małą piłkę przez jedną z zawieszonych po obu stronach boiska obręczy. Co ważne, nie wolno przy tym używać rąk. Każde z boisk różniło się wysokością obręczy i na każdym grały inne drużyny. Na jednym z nich rywalizowały Ogień i Woda, na innym, o ile pamiętam, grały drużyny Zycia i Śmierci.
W książce "Meksyk od kuchni" Susana Mrożek pisała, że pelota była nawet grą hazardową. Patrząc na wysokość obręczy na jednym z boisk można w istocie założyć, że prawdopodobieństwo trafienia w nią piłką jest bliskie trafieniu szóstki w totka :-P

Na zdjęciach mam na głowie wielki kapelusz (nieomalże sombrero). Mama Willego uparła się, że będziemy na słońcu przez parę godzin i koniecznie musimy zabrać coś na głowę. Fakt, było słonecznie, ale po zwiedzaniu Grecji w sierpniu byle upał i słońce mnie już nie rusza ;-)







Seria "My i piramidy".


Willy i ja na brzegu piramidy. W dole boisko do gry w pelotę.




Hector na piramidzie Skrzydlatego Węża.


Willy zagląda przez drugi koniec kanału odwadniającego. Służył odprowadzaniu wody z wierzchołka piramidy.

19:09, m.a.l.g.a
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 kwietnia 2006
Tajemnica miasta na jeziorze
We wszystkich książkach o Meksyku jest napisane, że "oczom konkwistadorów ukazało się miasto zbudowane na wyspie pośrodku jeziora". Ponoć to na tej wyspie Aztekowie zobaczyli siedzącego na kaktusie orła pożerającego węża,  co miało być znakiem od bogów, że właśnie w tym miejscu mają zbudować miasto (ten sam orzeł znajduje się pośrodku meksykańskiej flagi). Problem braku przestrzeni został rozwiązany poprzez budowanie na tratwach pływających ogrodów, na których uprawiane były warzywa itp. Z opisu wnioskując musiało to wyglądać niesamowicie.

Już lądując szukałam jeziora wyglądając przez okno samolotu, ale jedyne, co widziałam to domy, domy, domy. Podobnie bezowocne okazało się szukanie na mapach miasta.  W końcu, stojąc na zocalo, postanowiłam sięgnąć do mmiejscowych źródeł wiedzy i zapytalam Hectora, gdzie do psiamaci jest to słynne jezioro. Powiedział, że właśnie na nim stoimy.  Jezioro zostało zmeliorowane i teraz na jego miejscu rozpościera się centrum miasta. Niby zmyślnie, ale w końcu mieli do dyspozycji całą dolinę! Ci Aztekowie...

Mimo melioracji teren jest nadal podmokły i częśc budynków, głównie kościołów, sukcesywnie się zapada. Kilka lat temu umocniono fundamenty katedry, dzięki czemu, przynajmniej na razie, nie pogrąża się w gruncie.
23:17, m.a.l.g.a
Link Komentarze (2) »
"Spacer" po centrum


W jeden z weekendów wybraliśmy się z na zwiedzanie centrum Meksyku (miasta). W sobotę Coyoacan, jedna ze starszych części miasta z rynkiem pełnym straganów i pysznymi lodami. Razem ze znajomymi poszliśmy tam na obiad. Spróbowałam sopa azteca (zupy azteckiej) - to zupa z kawałkami tortilli, pomidorami i przyprawami. Mniam. Co ciekawe, większość zup tutaj doprawia się samemu, najczęściej wśród dodatków są limonki, chili, awokado i tarty ser.

Targowisko w Coyoacan to ciekawe przeżycie - mnóstwo straganów ze wszystkim, począwszy od najróżniejszych słodyczy poprzez tzw. "wyroby regionalne" po stanowisko lewicujących studentów sprzedających filmy o ruchu zapatystów. A pomiędzy tym wszystkim małe dzieci, które znienacka przyklejają do ubrania małe serduszka, żeby następnie wyciągnąć rękę po zapłatę za nie.


My i Coyoacan. Od lewej: statysta, Willy (właśc. Guillermo), Jorge i jego dziewczyna Daniela (fińska Szwedka).


Kościół przy głównym placu.


Fontanna z kojotami, od których dzielnica wzięła swoją nazwę.

Coyoacan to ulubione miejsce Danieli. Mnie o wiele bardziej przypadło do gustu to, co zobaczyłam następnego dnia podczas zwiedzania właściwego cetrum. Muszę tu wyjaśnić, że pojęcie "ścisłe centrum" jest dosyć względne. Podczas zwiedzania tegoż w Meksyku zdecydowanie polecam Turibus autobus objeżdżający wszystkie najważniejsze miejsca. Pokonanywanie dystansów pomiędzy nimi na piechotę zajęłoby większość Bilet na Turibus jest ważny przez cały dzień, więc można wysiąść w dowolym miejscu, żeby dokładniej zwiedzić to i owo, a potem znów ruszyć w trasę.

Na początku naszego zwiedzania zaliczyliśmy zamek Chapultepec (podobno to jedyny zamek na całym kontynencie - możliwe). Wybudowany na wysokiej skale, przypomina zamki hiszpańskie. Robi wrażenie. W czasie dyktatury Porfirio Diaza był rezydencją jego i jego żony - zazdroszczę im wspaniałego widoku na całą okolicę.

Po obiedzie w ślicznej dzielnicy La Condesa dotarliśmy do zocalo, głównego placu miasta. Pierwszym, co rzuca się w oczy to katedra zamykająca plac od północy. Jednak dla mnie ciekwszy jest kościół stojący tuż obok niej, nadal nie mogę rozgryźć jego architektury.
Wrażenie robi rozległy pałac prezydencki. Pośrodku umieszczony jest dzwon, w który prezydent uderza w meksykańskie święto niepodległości na pamiątkę kazania Hidalgo, które poderwało Meksykanów do walki.

Tuż obok zocalo można zobaczyć ruiny budynków azteckich. Niestety dotarliśmy tam za późno, żeby zwiedzić muzeum - ale zdecydowanie przyjedziemy jeszcze raz.
W okolicach zocalo znaleźliśmy Casa de los Azulejos - budynek wyłożony z zewnątrz błękitnymi kafelkami, w którym meksykańscy rewolucjoniści zatrzymali się onegdaj na obiad (podobno zachowało się nawet zdjęcie tychże za stołem).
Dotarliśmy też do Palacio de Bellas Artes, centrum sztuki, które, budowane przez kilka dziesięcioleci, połączyło w sobie secesję (z zewnątrz) z art deco (wewnątrz). Ciekawa kombinacja :-)
Pod koniec dnia zrobiliśmy listę miejsc, które jeszcze chcielibyśmy zobaczyć. Wyszedł nam koleny dzień zwiedzania :) Nie mogę się doczekać.


Meksykański autobus. Autobusy są tu nieduże, dosyc poobijane (co łatwo zrozumieć widząc je w akcji na drogach) i mają pewne braki w dziedzinie amortyzacji. Nie ma czegoś takiego, jak rozkład jazdy, ale kursują dosyć często. Co fajne, mimo, że są przystanki, autobus może zatrzymać się w niemal dowolnym miejscu. Zamiast biec do przystanku, po prostu machasz ręką.


Pomnik ku pamięci sześciu meksykańskich kadetów, kórzy zginęli broniąc zamku Chapultepec przed Amerykanami (w 1847 USA napadły na Meksyk w konsekwencji zagarniając kilka północnych stanów).


Zdjęcie dla taty, który pytał, dlaczego na moich zdjęciach nie ma ludzi. W tle - meksykański tłum przy głównym wejściu do parku Chapultepec.



A oto i sam zamek. Z dołu...




...i z góry.


Kolumna Anioła, symbolu niepodległości meksykańskiej.


Casa de los Azulejos. Piękny, prawda?


Katedra na zocalo.


...i kościół tuż obok niej. właściwy budynek jest jakby wpisany w otaczający go mur, którego częścią jest fasada. Całość trochę przypomina mi piramidy.


Na zocalo trafiliśmy w Niedzielę Palmową. Wzdłuż katedry stało mnóstwo ludzi robiących i sprzedających palemki. Różnica pomiędzy naszymi i tutejszymi jest taka, że te ostatnie są naprawdę zrobione z palmy. Dziwni ludzie, a gdzie bazie? ;-)


Pałac prezydencki. Wielki. Znajduje się tam też archiwum państwowe.


Ruiny Tenochtitlanu. Z zewnątrz nie wyglądają secjalnie imponująco. Ale poczekam z opinią, aż zobaczę muzeum.


Trochę folkloru - tradycyjne tańce indiańskie. W każdym rogu zocalo tańczyła inna grupa. Zastanawialiśmy się, czy tańczyli w intencji niepowodzenia konkurencyjnych zespołów ;-)


Palacio de Bellas Artes z zewnątrz...


...i w środku.
16:23, m.a.l.g.a
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 kwietnia 2006
Dzień drugi
Zaraz następnego dnia po moim przyjeździe świętowaliśmy z Hectorem naszą rocznicę :) Z tej okazji cały dzień spędziliśmy na beztroskim uprzyjemnianiu sobie życia. Najpierw zjedliśmy śniadanie w restauracji.  Może wyjaśnię, że meksykańskie śniadanie jest dosyć różne od naszego. W zasadzie przypomina nasz obiad, nierzadko je się jakieś danie mięsne, z ryżem bądź  dowolnym rodzajem tortilli.  Często je się jajka przyrządzone na różny sposób, od czegoś w stylu wiedeńskim, poprzez jajecznicę po hiszpańską  tortillę, czyli omlet z  ziemniakami i  czym tam  kto lubi. Do  tego  pije się soki lub kawę (jako herbatę rozumie się głównie rumianek albo inne zioła).  Do śniadania podaje się też owoce - papaję, mango, arbuza, banany itp.  Osobiście mam pewne problemy z trawieniem takich dań od samego rana, więc staram się znaleźć jakąś drogę pośrednią. Ale wróćmy do opisu dnia!

Po śniadaniu pojechaliśmy do parku Naucalli pospacerowć i porozkoszować się  ładną pogodą. powygłupialiśmy się na huśtawkach i wypozyczyliśmy sobie taki rowerosamochodzik. Hector przekonał się o moich zdolnościach jako kierowcy. Twardziel, nadal  przekonuje mnie,  żebym  spróbowała  prowadzić  tu samochód. Nie ma mowy.

Po południu  poszliśmy do kina i na lody.  Spróbowałam nareszcie lodów o smaku cajety. Pycha. O sorbecie z mango nie wspominając :)
Na koniec dnia dobra kolacja i szampan. I jak tu nie być szczęśliwym? :)


My w parku Naucalli. Oczywiście zapomniałam mojego przeciwsłonecznego kapelusza, więc mam na głowie czapeczkę Hectora.




Na huśtawkach




Jak się ten dinks nazywa? Koniki? Jakoś tak :P





Na rowero-samochodziku


Sorbet z mango :)
20:56, m.a.l.g.a
Link Komentarze (2) »
W Meksyku/In Mexico
Już od ponad tygodnia jestem w Meksyku, najwyższa pora coś napisać. Podróż nie była nawet tak straszna, jak podejrzewałam. Lotnisko Heathrow jest faktycznie hm...wielkie. Z terminalu na terminal przedostawałam się autobusem, a sam terminal przypomina raczej normalnej wielkości centrum handlowe (z analogiczną liczbą sklepów). I wszędzie brytyjski akcent :)

Lecieliśmy wzdłuż całego wschodniego wybrzeża USA i chyba widziałam Nowy Jork - takie duże coś w tym właśnie miejscu na mapie. Czy to liczy się jako "byłam w Nowym Jorku"?
Jeśli  ktoś chce lecieć do Meksyku,  powinien lądować za dnia.  Widok jest niesamowity - rozległa równina otoczona górami,  całkowicie wypełniona przez budynki i ulice miasta. Próbowałam zrobić zdjęcie, ale niestety skrzydło zasłoniło większość widoku.

Oczywiście na lotnisku nie obyło się bez odrobiny emocji. A to z powodu schowanego w mojej walizce oscypka, który rodzice kupili dla Hectora w Wiśle. Tak w zasadzie to wwożenie takich świeżych produktów jest zabronione i w samolocie musiałam zadeklarować, że nic takiego nie mam. Hehe, potem przy kontroli bagażu zastanawiałam się, co będzie, jeśli padnie na mnie i będę musiała otworzyć walizki. Perspektywa wylądowania w meksykańskim więzieniu przez oscypek jakoś mi się nie uśmiechała. Na szczęście duch Beskidu czuwał nade mną i uniknęłam kontroli bagażu.

Hector już czekał na mnie (od dłuższego czasu, bo odprawa trwałą wieczność)  na lotnisku i zaraz pojechaliśmy do domu.  Jasne, że się denerwowałam spotkaniem z jego rodzicami, ale okazało się, że nie było czym.  Rodzice Hectora są bardzo mili i przywitali mnie bardzo ciepło :) Oboje mówią po angielsku, więc mogę się z nimi łatwo porozumieć. Chociaż to niezbyt dobrze dla mojego hiszpańskiego.


Hector na lotnisku. W koszulce z naszym zdjęciem. Taką samą miałam na sobie.


Napis, który mnie przywitał w domu Hectora.


Mama Hectora :)




Dom i ulica, przy której stoi dom Hectora.

20:03, m.a.l.g.a
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2006
Zaczynam/I begin
A więc zaczynam. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Zakładam ten blog dla wszystkich tych, którzy są ciekawi, gdzie właśnie jestem i co u mnie słychać.

Dopóki nie znajdę sposobu na dwie wersje językowe, postaram się wykonywać dwujęzyczną ekwilibrystykę w ramach jednego wpisu :-)



W Meksyku jest teraz około 22.30, w Polsce 6.30... na dworze 13 stopni... zaczynam :-)



So here I begin. We'll see how it goes. I start this blog for all those who would like to know where I am at the moment and how am I doing.

Until I find a way to make two language versions, I'll try to perform some kind of bilingual acrobatics within one post :-)


In Mexico it's 22.30, in Poland 6.30...13 degrees outside....I begin :-)



06:30, m.a.l.g.a
Link Komentarze (1) »